Kartka serwisowa nr 3

Witam,

To już ostatnia kartka serwisowa. W dniu 14 października kończy się umowa z nazwa.pl na nazwę bloga. Wojtek wrócił co nas niezwykle cieszy ale kontynuować bloga nie będzie. Nie ma zatem sensu kupować nazwy na kolejny rok.

Chciałbym Państwu podziękować za wspólne dyskusje, rozmowy. Stworzyliście wraz z Wojtkiem grupę świetnie rozumiejących się ludzi. Fajnie, że kontynuujecie tą znajomość, przyjaźń na innym blogu jak również w świecie rzeczywistym.

Karta z podróży nie zniknie z internetu. Będzie wraz ze mną krążyć po różnych serwerach…

Jej najbliższy adres to: www.kartkazpodrozy.rit2.pl (już aktywny)

I jeszcze trochę statystyki:

  • 1004 wpisy
  • 51200 komentarzy!!!

Dziękuję Państwu…

P. S. Zdjęcie przedstawia mnie (ujawniam się!) i Wojtka zanim wpadł na pomysł tworzenia bloga

I jeszcze wspomnienie pięknych czasów gdy mieliśmy 17-18 lat……

‚Pierwszy etap podróży, której końca nie potrafię określić. Za mną nostalgiczne pożegnanie wsi i nielicznych przyjaciół. Nostalgiczne, z nutą żalu czy poczucia krzywdy, którą wyłagodzić potrafiło tylko sączone wieczorami piwo. Jednym słowem mam za sobą dość beznadziejny klimat osaczenia i samotności przefiltrowany przez ciemne szkło butelki.Podły klimat. No ale dosyć marudzenia i oglądania się za siebie -ruszyłem w drogę więc najwyższy czas zadeptać depresję. Wrocław to dobre miejsce na początek podróży. Miasto młode, tętniące życiem, europejsko tolerancyjne i inspirujące. Rozgrzany rynek otoczony parasolami knajp, porozbierane wiosennie dziewczyny wygrzewają się na słońcu jak rozleniwione kotki. Patrzę na ten przedpołudniowy luz i myślę o Hiszpanii. Wspominam podróż sprzed kilku lat a zarazem zastanawiam się co spotka mnie za tydzień. Na pewno ból ramion, bo plecak ciężki mimo, że zabrałem tylko to co niezbędne do życia. Na pewno stopy będą bolesnym łupaniem budzić mnie po nocach. No ale za to znów poczuję słodkie, jak po miłości,zmęczenie. Takie poczucie spełnienia i wolności, które dają setki (tysiące) kilometrów marszu przez bezdroża nieznanego kraju.Przez bezdroża i miasta bo przecież mam ich wiele po drodze. Wpada mi do głowy myśl, że rozpływający się w majowym cieple Wrocław jest ich zapowiedzią i dobrym znakiem na przeszłość. Znakiem? Czyżbym szukał znaków, zwiastunów? Cholera, z wiekiem staję się coraz bardziej przesądny.’

 

Posted in Kartki | 27 Comments

Kartka serwisowa nr 2

Pierwsza kartka serwisowa powstała 2 lata temu kiedy spotkałem się z Wojtkiem w trakcie  wakacji i postanowiliśmy ‚mile’ spędzić wieczór. Od tamtej pory Wojtka nie widziałem…

Dzisiaj wprowadzam 2 kartkę serwisową. Dzięki grupie miłośników blogu wykupiłem na kolejny rok nazwę: kartkazpodrozy.eu mając nadzieję, że pojawią się kolejne kartki… Musimy niestety trochę poczekać aż Wojtek z powrotem zatęskni za internetem…

Posted in Kartki | 105 Comments

Szwajcaria – Francja

 

Na wstępie chcę przeprosić za długie, dwutygodniowe milczenie. To było trochę niezależne ode mnie, ponieważ cholerne gniazdka szwajcarskie nie spełniają europejskich norm. Co gorsza Szwajcarzy, z natury patriotyczni, z dumą traktują swoje odmienne gniazdka, tak więc możliwości perswazji miałem poważnie ograniczone. No ale trochę jest też w tym mojej winy, bo po Alpach dopadł mnie kryzys i po prostu nie miałem siły, by o gniazdka zabiegać. Ba, nawet nie miałem siły pisać czy układać w głowie tekstów. Na szczęście wtyczka od zasilacza baterii aparatu do tamtejszych gniazdek pasowała, więc mam dobrą dokumentację fotograficzną, nic nie umknie i będzie do czego wracać.

Nie ukrywam, że Szwajcaria mnie poważnie doświadczyła. Chodzi głównie o Alpy, które wyssały ze mnie większość sił. Mam doświadczenie w chodzeniu po górach, ale nigdy nie musiałem kilkakrotnie w ciągu jednego dnia pokonywać tak wysokich grzbietów czy przełęczy. Doświadczałem też w tym kraju niesamowitych emocji – dobrych i złych. Od depresji przy rannych wspinaczkach po zboczach, bezsennych z powodu bólu nóg nocy aż do euforii marszu po nadbrzeżnych promenadach czy rozleniwiającego wylegiwania się nad jeziorami górskimi. Lub kontemplacji niezwykle pięknych krajobrazów. Szwajcaria wbrew pozorom czy stereotypowym opiniom jest jak namiętna miłość – daje słodycz, przyjemność, ale i potrafi boleśnie zranić. W tym kontekście mam na myśli głównie trud samotnego marszu, bo kontakty z ludźmi miałem kapitalne i nie mogę na nie narzekać. Szwajcarzy są porządnymi, uczynnymi i taktownymi ludźmi a stworzony przez nich porządek nie charakteru policyjnego. To znów stereotyp, bo zakres wolności Szwajcarów jest nieporównywalnie większy aniżeli Polaków. I zakres zrozumienia ludzkiej odmienności, jej akceptacji. Ład, który wokół siebie tworzą Szwajcarzy (relacje międzyludzkie, krajobraz, funkcjonalność instytucji … )jest dla mnie – człowieka z krainy zniechęcającego burdelu – tak pociągający, że aż się chce w nim uczestniczyć. I nie potrzeba do tego policyjnej presji.

Przypomnę więc pokrótce trasę, która tak mnie doświadczyła. Jest niezwykle piękna – zresztą camino pokrywa się z trasą „ Panorama Alp”. To najciekawsze, najbardziej atrakcyjne zakątki tego kraju. Najpierw Jezioro Bodeńskie w rzęsistym deszczu do St. Galen. Potem marsz wzdłuż alpejskich jezior do Schwyz i dalej stromymi zboczami, sielskimi brzegami, po ścieżkach wyboistych, lawiniskach, mostach nad przepaściami do Interlaken i Thun. Tam wymęczony odbiłem na tzw Jurę Szwajcarską do Friburga. I na tych pofalowanych wzgórzach właśnie dopadł mnie kryzys. Poczułem się słaby i zacząłem wątpić w swoje siły. Alpy mnie kompletnie wypaliły. Posypiałem gdzieś na tych polach, odlatywałem, gubiłem się. … . Straciłem scyzoryk, podarłem bandanę, potłukłem ostatnią lufkę do tytoniu. Ale za to dostałem porządne buty i kapelusz – to temat na odrębną historię, bo jest niesamowita. Lecz na kaca (mam na myśli zmęczenie) najlepszy jest klin, więc w cudnej Lausanne podjąłem decyzję, że wracam na swój wytyczony, prosty szlak i odbiłem na Vevey, Montreux … . Decyzja była świetna, bo przeszedłem całą tzw „Rivierę Szwajcarską” nad Jeziorem Genewskim, co mi przywróciło siły. To kolejne, bajeczne, radosne miejsce w którym by się chciało zostać na zawsze. Niestety stamtąd droga wiodła na Martigni czyli znów w wysokie góry. Więc ostry zapieprz. Dzień marszu (popołudnie, przedpołudnie) kosztowało mnie przekroczenie w wysokich Alpach pokrytych jeszcze plackami śniegu granicy szwajcarsko – francuskiej. Znów zachrzan na wysokość dwóch i pół tysiąca metrów, znów strome przełęcze… . I to tylko dzięki wskazówkom tamtejszych chłopów z którymi nieźle zabalowałem tuż przed granicą – w Forclaz. Gdyby nie oni pewnie snuł bym się po tych cholernych górach do dziś. Tymczasem już wczoraj po południu dotarłem do Chamonix pod Mt Blanc. Uświadomiła mi to kilka godzin wcześniej barmanka w kawiarni tuż przy szlaku, gdy chciałem już w strefie euro frankami płacić za piwo. No ale ponieważ byłem pierwszym pielgrzymem, który do tej knajpy zszedł z gór dostałem dużego, zimnego browara za darmo. Potem rozczarowujące Chamonix – tandetna, turystyczna zona. Nocleg tradycyjnie w lesie, pod ponurym Mt Blanc. Niestety o piątej rano zbudził mnie deszcz. Na szczęście, choć w mokrych ciuchach, udało mi się klucząc jakoś wyjść górami z doliny Chamonix, której wąskie gardła blokują autostrady i linie kolejowe. No i odbiłem na Albertvill. Lecz po kilku godzinach burza zmusiła mnie do postoju – musiałem się jednak wysuszyć. Do wieczora odleżałem na ławce w ciepłym kościele a potem znalazłem nocleg u życzliwych ludzi – też entuzjastów camino. Dzięki nim właśnie – Christianowi i Josette ze wsi Domancy – mogę w komfortowych jak na mój marsz warunkach kilka zdań do Was napisać po nocy. No i naładować kompa.

Szkoda, że nie mogłem częściej nadawać ze Szwajcarii, bo wiele przeżyłem (przygód) i mam mnóstwo ciekawych obserwacji. Lecz na pewno będzie okazja by do nich wrócić – zaczynając od obcowania (raczej obwąchania) z niewiarygodnym bogactwem tego kraju a kończąc traumatycznych doznaniach w wysokich górach. Teraz, gdy myślę o tym mam przed oczami kilkuletnią dziewczynkę, która w Alpach wyminęła mnie biegnąc po kamienistej, stromej ścieżce ze zbocza. Mała dziewczynka w niebieskiej sukience i z włosami po pas … . Była bosa. Bosymi stopami skakała po ostrych kamieniach, które mimo butów wywoływały ból moich stóp. Tak tam dzieci biegają … . Twarde wychowanie … . Potem twardzi ludzie … . Ale skłonni do kompromisów, które wymuszają na nich warunki życia, różnice religijne, wielokulturowość, wielojęzyczność… . No i to wszystko zmieszane jak w dobrym koktajlu. Ale są to też też ludzie potrafiący zrozumieć zmęczenie, ból, chłód … . Tak jakby mimo drogich, markowych butów na które ich stać gdy są już dorośli wciąż byli bosi. Tego doświadczyłem w tym kraju. I za to jestem im wdzięczny.

Na zdjęciach kolejno droga pod Mt Blanc (tytułowe), ścieżka przez granicę, ścieżka na której dopadał mnie kryzys, kasyno na Rivierze Szwajcarskiej, Alpy Szwajcarskie i moi nowi Przyjaciele dzięki którym miałóem w tę deszczową noc dach nad głową.

 

 

Posted in Kartki | Tagged , , , , , , | 165 Comments

Przenosiny strony…

Witam,

Nerwowo nie wytrzymałem. Codzienne komunikaty ‚Error establishing a database connection’ doprowadzały mnie do szału.

Panom z hostingu cal.pl dziękujemy… To naprawdę zły wybór. Nie pierwszy to raz rezygnuje z ich usługi ponieważ są mało profesionalni. Ale skoro u mnie na wsi, mój ‚zielony’ uczeń chce hostować strony ….

Troche sie denerwuje jak Kartek przyjmie te zmiany i czy uda mu sie dodać nowy wpis :) Ale na camino jest wielu, którzy korzystają z WordPressa więc bedzie dobrze.

Dla stałych użytkowników serdeczna prośba: sprawdzcie stronę, swoje konta czy niczego nie brakuje.

Do ostatniej kartki dołączam komentarze, które jeszcze zdążyłem skopiować. Miłego użytkowania zaktualizowanej strony.

Pozdrawiam i już niedługo z racji wakacji znikam!

Posted in Kartki | Tagged , , , | 53 Comments

foto kartka

Dziś trochę inna forma kartki z podróży, bo okoliczności mnie zmusiły do ograniczenia tekstu na rzecz zdjęć. Po prostu mam kłopoty z zasilaniem sprzętu i dostępem do sieci. Dziś sobie chyba z rana wymodliłem w kościele świętego Jakuba – we wsi po drodze – niespodziewany dostęp do sieci. Ale o tym potem. Na poniższym zdjęciu młodzi, którzy chyba cztery dni temu, gdy byłem podłamany nowym krajem i parszywą pogodą, przenocowali mnie i ugościli. A potem odprowadzili na rogatki St. Petersel.  No i wałówkę dali – słodkie ciastka i tartę szpikowaną masą z orzechów, miodu i kandyzowanych cytrusów. Wiedzieli co dać – w Alpach potrzeba energii!

młodzi, którzy chyba cztery dni temu, gdy byłem podłamany nowym krajem i parszywą pogodą, przenocowali mnie i ugościli. A potem odprowadzili na rogatki St. Petersel.  No i wałówkę dali – słodkie ciastka i tartę szpikowaną masą z orzechów, miodu i kandyzowanych cytrusów. Wiedzieli co dać – w Alpach potrzeba energii!

 

Poniżej Jezioro Zurrychskie, które musiałem obejść. Na szczęście było gdzie moczyć nogi. Tu robię to w towarzystwie kaczek. Cały dzień marszu – a potem, z wieczora, obłędna  przełęcz. Siódme poty!

jezioro Zurrychskie, które musiałem obejść. Na szczęście było gdzie moczyć nogi. Tu robię to w towarzystwie kaczek. Cały dzień marszu – a potem, z wieczora, obłędna  przełęcz. Siódme poty

 

Poniżej przełęcz obok góry Mythen, popularnie zwanej Schwyz. Właściwie od kilku dni nic innego nie robię tylko wspinam się na przełęcze oddzielające od siebie doliny jezior. To są prawdziwe galery, bo przynajmniej trzy razy dziennie mam podejścia po kilkaset metrów. W przypadku Schwyz wdrapywałem się od wysokości 300 do 1 400 metrów. W Einsideln, w klasztornej toalecie wystraszyłem się gdy ujrzałem swoje ciało w lustrze. Bardzo schudłem, choć nieźle jem. Wygladam jak więzień kacetu – po prostu za dużo spalam. Moje ciało nadaje się już tylko do dźwigania plecaka i marszu. Droga przez Alpy kosztuje mnie więcej wysiłku niż La Plata.

 przełęcz obok góry Mythen, popularnie zwanej Schwyz. Właściwie od kilku dni nic innego nie robię tylko wspinam się na przełęcze oddzielające od siebie doliny jezior

 

A to już widok Schwyz z bliskay. Obok, na halach – 1400 metrów – wypasane jest bydło mleczne. Chłopak, który prowadzi tam mały bar wypasa 200 sztuk a jego dziewczyna prowadzi przydomową wytwórnię serów i jogurtów alpejskich. Pod Schwyzem urządziłem sobie nocleg na zadaszonym ganku domku straży leśnej. I wieczorem zrozumiałem, że p0rzez wysokie Alpy się nie przedrę. To znaczy przedrę,ale utknę tam na cale tygodnie a nie przecież nie one są moim celem tylko Poludnie. Więc korekta trasy – muszę przejść obok.

A to już widok Schwyz z bliskay. Obok, na halach – 1400 metrów – wypasane jest bydło mleczne. Chłopak, który prowadzi tam mały bar wypasa 200 sztuk a jego dziewczyna prowadzi przydomową wytwórnię serów i jogurtów alpejskich. Pod Schwyzem urządziłem sobie nocleg na zadaszonym ganku domku straży leśnej. I wieczorem zrozumiałem, że p0rzez wysokie Alpy się nie przedrę

 

 

 pielgrzym z Francji idący kontra czyli w przeciwnym kierunku. Spotkałem go rankiem po zmianie decyzji o trasie. No i odpisałem od tego sympatycznego chłopaka trasę na Lousane. To mało znana odnoga camino wiodąca w kierunku Montpelier czyli tam gdzie planowałem. Tak więc obok Alp Wysokich przejdę spokojnie do Francji. Chłopak jest jednym z niewielu rasowych pielgrzymów, którzy pozdrawiają się tradycyjnym Buen Camino czy Utreia.  Zrobiliśmy interes. Za moje mleko w proszku dostalem energetyczne cukierki.
Powyżej pielgrzym z Francji idący kontra czyli w przeciwnym kierunku. Spotkałem go rankiem po zmianie decyzji o trasie. No i odpisałem od tego sympatycznego chłopaka trasę na Lousane. To mało znana odnoga camino wiodąca w kierunku Montpelier czyli tam gdzie planowałem. Tak więc obok Alp Wysokich przejdę spokojnie do Francji. Chłopak jest jednym z niewielu rasowych pielgrzymów, którzy pozdrawiają się tradycyjnym Buen Camino czy Utreia.  Zrobiliśmy interes. Za moje mleko w proszku dostalem energetyczne cukierki.
Jezioro Czterech Miast – nie wiem już które na mojej trasie. Ale to wyjątkowo przepłynąłem statkiem. Zafundowała mi to para sympatycznych Szwajcarów, których pytałem o drogę przez góry na drugi brzeg. Jak się okazało trwała by trzy dni mordęgi – w dół i w górę, w dół i w górę … – na wysokości 2 – 3 tysięcy metrów. Szwajcarzy stwierdzili, że się pogoda zalamie i dostanę w dupę na górze. No i wepchnęli mi do kieszeni kasę na bilet. Bardzo sympatyczni ludzie, też zafascynowani camino. Przeszli nawet ze mną kilka kilometrów. Dzięki!

 

Powyżej Jezioro Czterech Miast – nie wiem już które na mojej trasie. Ale to wyjątkowo przepłynąłem statkiem. Zafundowała mi to para sympatycznych Szwajcarów, których pytałem o drogę przez góry na drugi brzeg. Jak się okazało trwała by trzy dni mordęgi – w dół i w górę, w dół i w górę … – na wysokości 2 – 3 tysięcy metrów. Szwajcarzy stwierdzili, że się pogoda zalamie i dostanę w dupę na górze. No i wepchnęli mi do kieszeni kasę na bilet. Bardzo sympatyczni ludzie, też zafascynowani camino. Przeszli nawet ze mną kilka kilometrów. Dzięki!

Na statku, którym przepływałem jezioro musiałem się uszczypnąć by sprawdzić czy nie śnię. Niesamowite piękno wokół – poświata błękitno zielona. Nigdy nie przypuszczałem, że będę doznawać takiego piękna w tej podróży. To jest cholerny wysiłek – pot, ból … . Ale i niezwykła satysfakcja, szczęście. Intuicja mi mówiła gdy ruszałem z kraju, że doznam czegoś pięknego. Ale nigdy nie przypuszczałem, że doznania będą tak głębokie i silne. To bywa euforyczne!

Poniżej widok z mojej „sypialni” – ostatnie nocy. Tym razem spałem na soczystej łące. Już się z noclegami nie konspiruję. Po prostu pytam chłopów czy mogę się przespać. Nie mają nic przeciwko temu.

 

widok z mojej “sypialni” – ostatnie nocy. Tym razem spałem na soczystej łące. Już się z noclegami nie konspiruję. Po prostu pytam chłopów czy mogę się przespać. Nie mają nic przeciwko temu.

Na ostatnim zdjęciu Diana wraz z rodziną, dzięki której mogę wysłać ten tekst. Użyczyła mi z uśmiechem internetu, nakarmiła, postawiła na nogi kawą. No i znosi moje towarzystwo, bo ładowanie baterii trwa. Powoli odkrywam dobrą naturę tych ludzi gór. Dzięki Diana!

 

Na ostatnim zdjęciu Diana wraz z rodziną, dzięki której mogę wysłać ten tekst. Użyczyła mi z uśmiechem internetu, nakarmiła, postawiła na nogi kawą. No i znosi moje towarzystwo, bo ładowanie baterii trwa. Powoli odkrywam dobrą naturę tych ludzi gór. Dzięki Diana!

W ciągu tych kilku dni zdarzyło się wiele ciekawych historii. Będę do nich wracał w tekstach. No ale na razie musimy się zadowolić foto kartką. Mam nadzieję, że ona oddaje choć odrobinę piekno z którym przez całe dnie obcuję.

Przepraszam też za edytorskie błędy ale tekst robiłem „na gorąco” – z uwagi na techniczne problemy.

Posted in Kartki | Tagged , , , , | 11 Comments

Jezioro Bodeńskie

bodeńskie 1

Rankiem, po nadaniu kartek odpaliłem w drogę. Pogoda taka sobie – na przemian słońce i deszcz. Wczorajsze pranie niestety nie wyschło, więc przewiesiłem je przez plecak. I taki obwieszony mokrymi gaciami wyszedłem z Scheidegg.

Przedpołudnie wyjątkowo samotne, bo szlak wiódł przez lasy. Po godzinie zorientowałem się, że jestem już w Austrii. Na trasie jedna wieś – Moogers – bez sklepu, knajpy, jakby wymarła. Tylko smród gnojówki i krowie dzwonienie świadczyło, że ktoś tam żyje. Nastrój miałem taki sobie, bo znów, jak do Czech, przyzwyczaiłem się do Bawarii i szkoda mi było zostawiać ten fajny kraj sympatycznych ludzi. Na dokładkę wszyscy mnie straszyli Szwajcarią tłumacząc, że zamieszkują go chciwcy, kutwy, zdziercy i na dokładkę panuje tam policyjny porządek. No ale sensu nie było głowić się nad tym, więc po prostu przyśpieszyłem i zadeptałem poranną depresję. A było czym, bo trasa nad Jezioro Genewskie wiodła przez Pfander – górę o wysokości 1060 metrów. Nawet mi dobrze zrobił ostry galop na szczyt. Pfander jest doskonałym punktem widokowym na Bodensee, więc obok szlaku pieszego poprowadzono tam drogę dla samochodów i kolejkę linową dla leniwych. Oczywiście góra obrosła mniej lub bardziej idiotyczną infrastrukturą – knajpami, sklepami, budami, placami zabaw dla dzieci i skansenami alpejskiej kultury. Ale mimo tej szmiry widok na jezioro Bodeńskie jest z niej olśniewający. To tym bardziej ciekawe, bo to punkt styczny trzech granic – Niemieckiej, Austriackiej i Szwajcarskiej. Tak więc z góry widać trzy państwa. Traf chciał, że gdy wlazłem już na szczyt rozpętała się burza i miałem okazję podziwiać w tym samym czasie słoneczne Niemcy i tonącą w deszczu Austrię.

Z Pfander do Bregenz zszedłem pieszo bardzo ciężkim, stromym i śliskim od rozmokłej gliny szlakiem. Bardziej mi to dało w dupę niż poranne podejścia. Na dole, tuż przed portem w Bregenz z którego przeprawić się można statkiem wprost do Szwajcarii, kolana odmawiały mi już posłuszeństwa. Ale na starówce jakoś się pozbierałem do kupy. To też kwestia psychiczna, bo Bregenz jest urokliwe i dobrze na człowieka wpływa. Austria – w każdym razie w tym starym wycinku – ma inną atmosferę niż Niemcy. Jest więcej luzu, mniej porządku, by nie powiedzieć więcej burdelu. Natrętne reklamy, śmieci porozwalane, jakiś taki nieład … . I w tym wszystkim wyluzowani, dobrze ubrani ludzie. Znów mnóstwo pięknych, intrygujących kobiet … . Niestety za starówką szemrane dzielnice emigranckie. I atmosfera taka sobie.

Wychodząc z Bregenz nabiłem kupę kilometrów wzdłuż ruchliwej drogi łączącej austriackie miasteczka nad Jeziorem Bodeńskim. Przeszedłem Rieden Volkloster, Hardt, Fusach, Hochst. Tak więc wieczorem nogi wymęczone zejściem z Pfander zaczęły mi wysiadać. Na dokładkę się rozpadało, więc nocleg na łonie natury odpadał. Humor co prawda poprawiło mi piwo na stacji benzynowej, które wypiłem z Austriakami ale realnie rzecz biorąc nie było z czego się cieszyć. Pół dnia tradycyjnie „stukałem” do kościołów. Jest ich tam mnóstwo – starych i nowych, niektóre są olbrzymie. Ale wszystkie na głucho zamknięte! Przed wieczorem nic mi więc innego nie pozostało jak zostawić Austrię i wejść w końcu do Szwajcarii. Jak wcześniej pisałem mam niemiłe wspomnienia z przekraczania granicy szwajcarskiej. Gdy wracałem z trzy lata temu z camino tamtejsi celnicy z psem zrobili kipisz w autobusie i przetrzymali go zdrowo na granicy. Co gorsza sympatycznemu Słowakowi zabrali kulkę haszyszu z którego ja również korzystałem, by jakoś spać w tej uciążliwej podróży.

No ale dziś było inaczej. Strażnicy graniczni przywitali mnie uśmiechami, gdy kulejąc przekraczałem przejście. A co najlepsze w tym momencie na niebie pojawiła się piękna tęcza co uznałem za znak szczęścia w dalszej podróży. W granicznym St. Margarethen ostatkiem sił dowlokłem się do wielkiego kościoła na wzgórzu. Oczywiście był na głucho zamknięty. Ale jakiś dobry człowiek poradził bym szedł do Ewangelików. I miał rację, bo Zbór był szeroko otwarty dla ludzi mimo późnej pory a Pastor Emil bardzo sympatyczny! – bez marudzenia przydzielił mi miejsce do spania w sali medytacyjnej. Mam więc materac, kuchnię i toalety do dyspozycji. Co mi więcej trzeba?

Niestety mam też niespodziewany problem. Otóż mój zasilacz do komputera nie pasuje do szwajcarskich gniazdek elektrycznych. One są inne niż europejskie! Nigdy by mi to do głowy nie wpadło! Trzeba to będzie jakoś rozwiązać, bo mi sprzęt zgaśnie.

Jutro od rana odpalam na St Gallen. Trasa prosta – koło 20 kilometrów ścieżką rowerową. A tam pomyślę o dalszej trasie na Grenoble. I o tym jak sobie poradzić językiem z francuskim, bo nie miałem z nim nigdy do czynienia. Będzie zabawnie!

Dwa dni po Szwajcarii za mną. Obszedłem Bodeńskie i jestem już w górach. Za mną Rorschach, Goldach, St. Gallen, Krazern, Herisau, Schwelbrunn … . Trudne dni, bo lało więc szedłem przemoczony. Nie było warunków by pisać. Może to i lepiej bo do końca jeszcze nie rozumiem tej krainy – wiele sprzeczności. Więc dziś tylko kilka fotek z tych dni.

Na zdjęciu tytułowym tęcza nad granicą

Poniżej Niemcy, Szwajcaria i Austria z wysoka

bodeńskie 2

bodeńskie 3

bodeńskie 4

Poniżej tęcza nad górami

bodeńskie 5

Niżej Joelle, która pomogła mi w trudnym momencie – jeszcze o tym napiszę

bodeńskie 6

I Matthias, który wczoraj udzielił mi gościny – mogłem się w końcu odprężyć i wyspać porządnie w suchym i przyjaznym miejscu

bodeńskie 7

Posted in Kartki | Tagged , , , , , | 34 Comments

dzwoneczki i dzwony

dzwony 1

Wczoraj w złą godzinę napisałem, że po południu przejdę z Immerstadt do Oberstaufen. No i słowo się w gówno zamieniło. Niestety jak zwykle pomyliłem drogi i zamiast obejść wzdłuż linii kolejowej jezioro Groser Alpsee pomknąłem jak rączy rumak w głąb Alp. Chwała Bogu, że nie tych ośnieżonych tylko pagórkowatych. Tym niemniej kosztowało mnie to 14 kilometrów niepotrzebnego marszu w bok – w tym 7 kilometrów pod górę. I zamiast w Oberstaufen wylądowałem w Missen – Wilhalms, miasteczku rdzennych Bawarczyków. Jedynym usprawiedliwieniem dla mego gapiostwa może być tylko to, że pytałem o drogę. Niestety, jak sobie później uświadomiłem, pytałem sędziwych pensjonariuszy domu starców za rogatkami Oberstaufen, którzy korzystając z chwil bezdeszczowych okupywali tam przydrożne ławki. Tak więc biorąc za dobrą monetę „tak, tak …” i miłe uśmiechy w odpowiedzi na pytania czy dobrze idę nie zdawałem sobie sprawy, że o cokolwiek bym nie zapytał to odpowiedzi byłyby takie same.

Missen znajduje się w długiej, alpejskiej dolinie do której dostać się można przez przełęcz ( to właśnie owe 7 kilometrów pod górę). Niestety to kolejna zona turystyczna w tej przygranicznej części Alp, więc nie było sensu mimo późnej pory zawracać głowy mieszkańcom moimi problemami z noclegiem. Tym bardziej, że w miasteczku odbywał się zlot motocyklowy a na dokładkę wszyscy wzmacniali się alkoholowo przed meczem Niemcy – Portugalia. Tyle tylko, że dowiedziałem się, iż jest skrót przez góry do Oberstaufen. Tak więc po krótkim odpoczynku znów odpaliłem w góry. I znów upiorna przełęcz, którą sforsowałem w potach. A potem małe wioski Wiederchofen i Geratsried. Tam znów nie było z kim gadać o noclegu, bo większość domów zasiedlają letnicy pochłonięci swoimi sprawami i na dokładkę nieufni.

Zmrok zapadał, na niebie znów deszczowe chmury, więc przestało mi być wesoło. Tym bardziej, że do Oberstaufen zostało kilkanaście kilometrów. Jedyną pociechą były piękne widoki alpejskich hal i muzyka dzwonków przyczepionych do krowich karków. To niesamowite wrażenie, gdy idzie się pustym szlakiem i zewsząd dobiega dzwonienie, bo na każdym fragmencie tych soczystych łąk wypasane są stada bydła. Krowy wyposażone w dzwonki wielkości dwóch złożonych dłoni przy każdym kęsie trawy dzwonią co przypomina koncert szalonych cymbalistów. Pamiętam jakie wrażenie robiły na mnie w Hiszpanii dzwonki owcze, których dźwięk niósł się po zamglonych Pirenejach. Ale to nic w porównaniu z efektem bawarskich dzwonków. Po prostu człowiek idzie w muzyce – nasycone jest nią powietrze.

Na przełęczy do kolejnej doliny bez zbędnego gadania zgarnął mnie ze szlaku chłop w ciągniku. Jakoś upchnęliśmy plecak w kabinie i ruszyliśmy w dół, do jego kumpla, który miał mnie przenocować. I tak trafiłem do Gerhardta – przedsiębiorcy z Augsburga, który kilka lat temu kupił opuszczone gospodarstwo i pięknie je wyremontował. Negocjacje noclegowe zaczęliśmy od tradycyjnych „schnapsów”. Tym razem był to bimber na jabłkach – mocny jak cholera, chyba z 70 procent. A do tego mocne cygaretki, bo Gerhardt okazał się miłośnikiem tytoniu. Rozmowa zeszła na Jezioro Bodeńskie, którym mam się przeprawiać do Szwajcarii, więc opowiedziałem mu o Dygacie i jego powieści o tym samym tytule. Gerhardta szczególnie ujęło to, że Dygat był również bokserem i mężem pociągającej Kaliny Jędrusik (symbol seksu w komunistycznej Polsce). Wymęczony bimbrem i cygaretkami dostałem miejsce do spania w kapitalnej szopie na drewno. Szopa to mało powiedziane, bo ażurowa budowla miała ze sześć metrów szerokości i trzydzieści długości. Pięknie położona, bo z jednej strony szumiący potok w świerkowym lesie, z drugiej pastwisko z pasącymi się krowami. No i dach nad głową o który znów przez całą noc dudnił rzęsisty deszcz. Kapitalne spanie na warstwie trocin. Gdy zasypiałem krowie dzwonki wygrywały mi już szalone, brazylijskie samby. Rano pożywne śniadanie w towarzystwie Gospodarza, wiewiórek i w drogę. Gerhardt na pożegnanie zagrał mi na trąbie pasterskiej aż echo poniosło po halach.

A później marsz w deszczu do Oberstaufen. I obłoki przylepione do mokrych gór … .

Oberstaufen rozczarowujące, znów zona turystyczna dla starych Niemców – drogo, sztucznie, obco … . Trzy godziny straciłem na szukanie miejsca do pisania i knajpy z internetem. Niestety bezskutecznie. To zniechęcające.

Po południu odcinek do Oberreute – miasteczka, właściwie dużej wioski na trasie do Scheiddegg. Marsz nudny, męczący, bo cały czas zakosami pod górę. I znów mżawka. Później odcinek do Weiler – na odmianę podmokłymi łąkami. Po drodze chłopska impreza z okazji lokalnego meczu. Prawie każdego popołudnia trafiam na takie fety i zwykle kończy się to na kilku piwach sponsorowanych przez Gospodarzy dla których jestem z tym moim plecakiem, muszlą i kijem jakimś ewenementem – jak człowiek z kosmosu. Dobrze mi te imprezy zresztą robią, bo piwo stawia pod koniec dnia na nogi i pozwala jeszcze dobić kilka kilometrów. Tak było i tym razem więc szybko dotarłem do Weiller.

W Weiler znów nici z noclegu. Ale w knajpie do której pognała mnie intuicja trafiłem na urodziny właściciela – sympatycznego Antona, który imprezował z równie sympatycznymi przyjaciółmi. Gość był na camino, więc nie dość, że się napiłem piwa to na dokładkę dowiedziałem się, iż w Scheidegg (7 kilometrów dalej) jest podobno hostel dla pielgrzymów. Nie bardzo chciało mi się stamtąd ruszać, bo dobrze mi było z tymi ludźmi. Szczególnie z bardzo kobiecą blondynką, którą moja eskapada zaintrygowała. Ale co robić – o zmroku znów ruszyłem w Drogę. Szkoda, bo zaiskrzyło.

Dwa kilometry od Scheidegg wymiękłem – za dużo kilometrów i wrażeń jak na jeden dzień. W ciemnościach zobaczyłem światła w oknach knajpy. Gdy stanąłem pod drzwiami akurat wychodzili ostatni goście – starsze małżeństwo. „O pielgrzym …” – ucieszyli się na mój widok. „Pewnie nie masz gdzie spać. Podwieziemy cię do hostelu”. I tak trafiłem do pierwszego od ponad miesiąca hostelu z prawdziwego zdarzenia. Pierwszego na mojej trasie! Schronisko prowadzi młoda Pani Pastor z Kościoła Ewangelickiego. Jest bezpłatne, jestem w nim sam. Mam do dyspozycji sypialnię z ośmioma łóżkami, nowoczesną kuchnię, pralnię, prysznice, toalety, pisuary, gniazdka, prąd, koce, ręczniki, pełną lodówka żarcia, piwa, lemoniad, noże, widelce, szklanki…. . Jest wszystko co potrzebne! Przyznam, że jestem oszołomiony tym – jak dla mnie ostatnio – luksusem. Czuję się trochę jak bolszewik w zdobytym Berlinie. Oszałamia mnie ta czystość, użyteczność, ten zbytek. Poprałem już łachy, dwa razy wziąłem prysznic by zmyć z siebie gruntownie kurz, pot i błoto. Ogoliłem się porządnie. Zjadłem potężną kolację. No i teraz piszę ten tekst choć łeb mi opada na klawiaturę. Niesamowite …. .

Ranek. W hostelu jest internet!!!

Dziś najprawdopodobniej wejdę do Szwajcarii. nWięc znów kilkudniowa przerwa w nadawaniu, bo bedę się musiał rozejrzeć. Piszę codziennie ale z dostępem do internetu jest różnie. Proszę więc o wybaczenie i cierpliwość, bo to problemy niezależne odemnie.

Na zdjęciu tytułowym i poniżej Alpy w deszczu i bez deszczu. Potem szopa Gerhardta, która słuzyła mi za sypialnię.

dzwony 2

dzwony 6

Niżej piwkowanie na bawarskiej wsi i impreza urodzinowa Antona

dzwony 4

dzwony 5

Poniżej hostel i Pani Wolontariusz, która mi rano udostępniła internet. Dzięki!

dzwony 7

Posted in Kartki | Tagged , , , , , , | 18 Comments